piątek, 21 czerwca 2013

Rozdzial IV


W powietrzu unosił się zapach mokrej trawy. W nocy bardzo padało, więc rano srebrna mgła otulała Londyn jak półprzezroczysta woalka. Na chodnikach utworzyły się kałuże, wyglądające jak małe jeziorka, po których pływały statki z pożółkłych, pomiętych liści.
Bose stopy zetknęły się z podłogą dając uczucie chłodu przeszywającego ją wzdłuż pleców. Spojrzała przez ramię na ukochanego, który z dziecięcym wyrazem twarzy spał z dłońmi pod głową, przykryty pod samą  szyję. Uczucie nostalgii zawładnęło nią gdy wyjrzała przez okno, jednak poranne przygnębienie nie zdominowało jej na tyle, by z samego rana zalegać na kanapie z paczką chipsów.
Otworzyła frontowe drzwi z impetem, tak że fala świeżego powietrza natychmiast dostała się do jej wrażliwych nozdrzy. Chwilowo zakręcił jej się w głowie. Wyjście z domu był jej potrzebne. Spacerowała długą ulicą w zamyśleniu. Nie mogła przestać głowić się nad konsekwencjami i skutkami choroby, która w tak okropny sposób nią zawładnęła. Zmieniła wszystkie dotychczasowe plany. „Weź się w garść do cholery!” skarciła się w myślach i biorąc głęboki oddech, napięcie opuściło jej organizm.
Tęczowe bańki unosiły się ponad parkiem tworząc niesamowity klimat. Przysiadła na rogu granitowej fontanny delikatnie muskając dłonią zimną wodę. Bawiące się dzieci wywołały blady uśmiech na twarzy dziewczyny. Prawdopodobnie nigdy nie doświadczy uścisku małych rączek na szyi, nikt nie powie do niej „mamo”. Tak wiele traci, tak szybko ucieka jej życie. Przesypujący się przez jej palce piasek, zamienia się w pył zanim zdąży dotknąć zimnej ziemi. Czy pogodziła się ze sobą? Poczuła ucisk w brzuchu, w oczach zapiekły łzy. Powstrzymała je biorąc po raz kolejny, głęboki oddech. Wcale nie musi tak być. Może da radę jeszcze coś zmienić. A Ed? Dlaczego nie pomyślała o nim? Czy nie będzie mu żal, że zataiła tak ważny fakt, chorobę, która ją niszczy? Chciała by mniej i krócej cierpiał, ale podświadomie była to egoistyczna pobudka. Bała się mu powiedzieć, tak strasznie się bała. Nie umiała zebrać w sobie na tyle siły, by zmierzyć się z tym ciężarem. Chciała by chłopak dał jej wsparcie, jakiego teraz bardzo potrzebowała. Myślała, że gdy już będzie po wszystkim, zapomni, zacznie nowe życie, bez niej. Jednak tego nikt nie jest do końca pewien. A kiedy jej zabraknie, możliwe że powróci do nałogu, z żalu i rozpaczy, zapije się na  śmierć, by być bliżej ukochanej. Nie mogła do tego dopuścić. Gdy już mu powie, będzie miał więcej czasu na pogodzenie się z jej… stratą.
Nie mogła dłużej czekać. Przepełniona adrenaliną uznała, że dziś  jest najlepszy moment, by pozbyć się ciężaru. Wyjawić prawdę.
Pospiesznie wstała z fontanny i ruszyła, prawie w biegu do domu. Droga wydała się krótsza i mniej kręta, niż gdy tu wcześniej szła. Jakaś moc otworzyła jej oczy, chciała być otoczona opieką, bez jakichkolwiek tajemnic. Po prostu. Kluczem były słowa, które samoistnie uformowały się w jej głowie tworząc sensowną formułkę.
Chwytając za klamkę, cień zwątpienia przebiegł przez jej myśli. Jeśli nie zrozumie? Jeśli uzna, że go okłamała twierdząc, że wszystko jest w porządku? Milion pytań, na które nie znała odpowiedzi, kłębiły się w jej głowie.
Przystanęła na progu jasnego pokoju rozglądając się  niespokojnie.
- Ed? Wstałeś już? Muszę ci coś powiedzie… - w gardle poczuła wielką kulę, uniemożliwiającą jej mowę.
Biała kartka złożona w pół przykuła uwagę dziewczyny.

„ Stuart dzwonił i musiałem jechać. Tak, zjadłem śniadanie. Jak będziesz czegoś potrzebować, dzwoń xx ”

- Potrzebuję… Ciebie… - szepnęła, a z jej oczu popłynęły łzy. Może tęsknoty, może zmarnowanej szansy. Nie była pewna.
Doskonale opanowała sztukę odkładania wszystkiego na ostatnią chwilę. Zemściło się.
Wzburzone emocje wzięły górę. Teraz zamiast bólu czuła gniew, przeszywający jej ciało, wypełniający całą jej drobną osobę, napędzał ją. Złość kumulowała się wewnątrz, dawała uczucie gorąca. Dziewczyna, pod wpływem impulsu, sięgnęła po szklany wazon stojący na kuchennym blacie.
Miliony malutkich odłamków rozprysło się po ziemi, tworząc diamentowy dywan  połyskujący w słońcu. Gniew uszedł z niej dając miejsce wielkiej uldze. Ostrożnie przyklękła nad kawałkami szkła, zbierając je powoli drżącymi rękami. Słone łzy spływające po bladej twarzy wraz z tuszem, kapały na posadzkę. Poczuła się bezsilna. Cała sytuacja wyniszczała powoli i boleśnie jej słaby organizm, pustka pozostająca w niej rosła, załamanie dawało się we znaki choćby w najmniejszych czynnościach.
Otworzyła wino. Nie przeszkadzał jej jego korkowy posmak. Nie dbała o to. Zasnęła na kanapie, trzymając wymiętą paczkę chusteczek w ręku.



But our house gets cold when you cut the heating
Without you to hold I'll be freezing
Can't rely on my heart to beat it
'Cause you take part of it every evening
Take words out of my mouth just from breathing
Replace with phrases like when you're leaving me.


Ale w naszym domu robi się zimno kiedy wyłączasz ogrzewanie
Bez Ciebie zamarznę
Nie mogę liczyć, że moje serce to pokona
Ponieważ jesteś częścią każdego wieczoru
Weź słowa z moich ust jedynie z oddechu
Zastąp wyrażeniami jakbyś miał ode mnie odejść
~DRUNK~ 

1 komentarz:

  1. Co? ALE JAK TO CHORA? JAJA SOBIE ROBISZ? ;( Smutny, a za razem genialny rozdział. Chciałabym tak pisać.

    OdpowiedzUsuń