wtorek, 25 czerwca 2013

Rozdzial V


Nie powinien był wyjeżdżać. Czemu się zgodził? Zostawił ją bez opieki, jego małą dziewczynkę o szmaragdowych oczach. Ale ona nie ma pięciu lat! Przysięgała, obiecywała że sobie poradzi. I wyjechał. A ona…
Teraz w drodze powrotnej gryzł się z własnym sumieniem, tak bardzo wrażliwym na ludzkie uczucia. Bez celu wgapiał się w okno samolotu. Nic nie jadł. Nie pił. Myślał.

Szedł niepewnym krokiem przez szpitalny korytarz, przez który przewijały się pojedyncze jednostki. Przytłoczony martwym kolorem ścian. Nieobecny. Zagubiony.

Sala nr 34.

Jego dłoń spoczęła na zimnej klamce. Zobaczył  jej ciało. Spała.
Krucha osóbka ze zmierzwionymi włosami, spadającymi kaskadami na smukłe ramiona, oddychała miarowo.  Urządzenie monitorujące jej stan pikało co chwilę, przerywając głuchą ciszę. W Sali unosił się chemiczny zapach leków, który coraz mocniej odurzał mężczyznę. Przysiadł na skraju białego, plastikowego krzesła. Zmęczonym wzrokiem objął całą jej postać. Blada cera dziewczyny wydawał się być zimna jak marmurowa posadzka. Sine wargi oraz ślady wokół oczu spowodowały, że z jeszcze większym przerażeniem spoglądał na nią.
Z nikim nie rozmawiał po tej strasznej wiadomości.

- Była w parku blisko domu. Straciła przytomność. Na szczęście ktoś szybko zadzwonił po pomoc i zabrali ją do szpitala. Jest w ciężkim stanie i… i… powinieneś jechać. – zawiadomił do Stuart kładąc w geście pocieszenia dłoń na jego ramieniu. – Zaraz masz samolot.
To się nie działo naprawdę, to nie miało tak wyglądać. W jednej chwili czas stanął w miejscu. Słyszał tylko swoje myśli, w których dudniło „moja najdroższa Eline, moja słodka Eline”. Był  bliski omdlenia, bo głos Stuarta cichł z każdym wypowiadanym słowem. Zastąpił go głośny szum, którego nie mógł opanować. Upadł na kolana zakrywając twarz w dłoniach. Strach obezwładnił jego ciało, że zdołał odpowiedzieć tylko ciche – Nie…
Wrócił myślami do rzeczywistości słysząc poruszenie na łóżku.

~~~
Powoli otworzyła oczy, lecz przez ostre światło zmrużyła je natychmiast. Była skołowana. Poczuła, że białe kabelki podłączone do jakiegoś urządzenia uwierają ją niemiłosiernie. Przeszył ją ostry ból w czaszce, skrzywiła się. Jej ciało było obolałe, drętwe. Z podłączonej wyżej kroplówki sączył się, kropla po kropelce bezbarwny płyn. Lekko ruszyła palcami, lecz plastikowe coś przypięte do wskazującego palca uniemożliwiało jej ściśnięcie dłoni w pięść. Co się stało?
Z trudem przekręciła głowę w bok natrafiając wzrokiem na rudego mężczyznę. Był nieobecny, spoglądał w okno, kubek z kawą mało co nie wysunął mu się z rąk. Jej umysł zdążył zarejestrować tylko, że było jej strasznie niewygodnie, a w głowę przepełniały setki igieł. Ocknął się zaraz, dotknął jej jasne włosy, uśmiechnął się ciepło.
- Hej. – szepnął miękkim głosem. Tak, jak lubiła.
Próbowała odpowiedzieć, lecz dźwięk utknął jej w gardle. Zrozumiał.
- W szpitalu, straciłaś przytomność, pamiętasz coś?

~~~

Nagły huk. To tylko samochód. Z piskiem opon zatrzymał się gdy powoli przechodziła przez ulicę. Źle się czuła. Gorzej niż zazwyczaj, odkąd wyjechał. Jej ulubiony szary dres, teraz o 2 rozmiary za duży. Wytarła zmiętą chusteczką mokre oczy, szła dalej. Sięgnęła do kieszeni po następną. Ostry ból wypełnił jej głowę i przeszył całe ciało.

~~~

Zauważyła pojedynczą łzę na jego policzku. Od razu wezbrało się w niej poczucie winy.
- Gdybym nie wyjechał… - zaczął. – Byłoby inaczej… czemu… czemu… - wciągnął głęboko  powietrze. Ścisnęła trochę mocniej jego dłoń.
- Przepraszam Ed. – szepnęła. – Przestań, to nie twoja wina.
Bo  to jej wina. Nie chciała się leczyć, nie, nawet nie próbowała. Tak bardzo chciała go uchronić przed smutkiem, a sama do tego doprowadziła.
- Ale czemu mi nie powiedziałaś? Rak? O Boże…
- Bałam się… że mnie zostawisz, że Cię stracę.
- Nie rób mi tego więcej. – powiedział.

 Dobrze wiedziała, że to zdanie kończy rozmowę. Ciepły oddech na jej czole zakończył się czułym pocałunkiem. Pogłaskał jej loki, teraz  już matowe i popielate. Swoim dotykiem uspokoił jej drżące ciało.  Otulił ją opieką, dał wsparcie. Lecz doskonale zdawał sobie sprawę, że już niewiele jej zostało.



It's alright to die
if that's the only thing
you haven't tired
But just for tonight
Hold on

So live life like you're giving up
cause you act like you are
Go ahead and just live it up
Go on and tear me apart



W porządku jest umrzeć
Jeśli to jedyna rzecz,
której nie próbowałeś
Ale chciaż dzisiejszą noc
Trzymaj się

Więc żyj jakbyś się poddawał
bo tak właśnie się zachowujesz
Idź naprzód i po prostu przeżyj
Idź i rozerwij mnie na strzępy
~HOLD ON~


 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Powoli zbliżamy się do końca bo jest to ostatni rozdział a bedzie jeszcze epilog :)
Mam nadzieję ze sie Wam podoba xx

4 komentarze:

  1. Dobre opowiadanie !
    Pisz dalej xx

    OdpowiedzUsuń
  2. świetnie czekam następne ;]

    OdpowiedzUsuń
  3. O mój Boże! Patrzę na komentarze i dałabym sobie rękę uciąć, że to komentowałam. Kurwa, jakim cudem tego tu nie ma?! -,-
    Mam chyba jakieś urojenia -,- Przepraszam.

    Oczywiście rozdział jest cudowny <3 Szkoda tylko, że niedługo epilog....

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże, tylko nie rak. Nie ma szans na wyleczenie? Ed umrze z żalu, jak ona odejdzie. :'(

    OdpowiedzUsuń